piątek, 18 kwietnia 2014

SUKIENKA NR 1 !


Co tu dużo mówić, przechodzę fascynację workami wszelakimi. Ot, torebusia, która pomieści dziesięć kilo kartofelków na obiad.
Przybywa mi lat i przestrzeni w ubraniach. Onegdaj żyłam na wdechu. Z rozkoszą się bandażowałam, dobrowolnie ściskałam, świadomie skazywałam na małe kroki i wdzięcznie odmawiałam siadania. Niegdyś żyłam w strachu – w strachu o szwy we własnych ubraniach. Przeszłość krępowała mi ruchy i ograniczała dzienną dawkę przyjmowanego tlenu.
Dziś oddycham pełną piersią. Mam inne zmartwienia niż szwy i zaprawdę czuję się nie tylko swobodna, ale też dotleniona.
Wyrobów workopodobnych przybywa w mojej szafie w zastraszającym tempie i wcale się w nich nie chowam, wręcz przeciwnie – z rozkoszą się w nich pokazuję!
Ja i moje ubrania żyjemy w liberalnym otwartym związku – niby razem, a jednak oddzielnie...
Kiedy więc napisała do mnie Natalia i zapytała czy przyjmę w prezencie sukienkę przez nią uszytą, z radości zrobiłam fikołka w powietrzu, po czym szybko się uspokoiłam.

Nęcą mnie nie tylko worki, ale też dziury. Oczywiście dziura w torbie nie byłaby rozsądnym wyjściem, ale nie można mieć wszystkiego! Poza tym dziura to jedyny krawiecki wyczyn w zasięgu moich umiejętności. Cała reszta to fizyka kwantowa i ogromna plama na moim modowym honorze.

Jeśli sądzicie, że worki i dziury to już wszystko, jesteście w błędzie. Otóż pociąga mnie płaskie obuwie...
Ewidentnie, albo dorastam, albo dziecinnieję.







sukienka - ZAMS | buty - Bershka | torebka - Paulina Schaedel


FACEBOOK | INSTAGRAM

czwartek, 10 kwietnia 2014

MAŁA DZIEWCZYNA Z WIELKĄ TORBĄ!


Nieskromnie przyznam, że na imieninach u cioci X jestem prawdopodobnie najwdzięczniejszym gościem. Wszystko grzecznie zjadam, nie odmawiam dokładki, pomagam znieść talerze ze stołu, komplementuję i co ważne, nie zadaję krępujących pytań - „czy to jest slow food? W ogóle jakie jest to food? Home made? Gdzie made? Czy to z farmy ekologicznej? Jakiej użyto tu mąki, czym zabielano? Z jakiej kozy ten ser? Czy z koszernej kozy? Czy ta koza jeszcze żyje? Czy jest weganem? Jakie tu wyczuwam nuty i kleksy?”
Generalnie mam zasadę, że martwą zawartość talerza pochłaniam z radością.
Ale! Dajcie mi kubek herbaty, którego ścianki wewnętrzne są ciemnie i uniemożliwiają mi widzenie dna, a nie ma bata, że skosztuję tej czarnej dziury.
No taki mój mały fetysz, kubek musi być taki, a nie inny żebym zaszczyciła go herbatą. Naczelna zaś zasada brzmi – biały od wewnątrz.

Jeszcze niedawno, zapytana o dziwactwa, poprzestałabym na kubkach i umiłowanym przeze mnie zapachu benzyny, dziś jednak dorzucam kolejny nieszkodliwy fetysz – torby!
Najchętniej czarna, jak smoła, najlepiej wielka, jak pokrowiec na kombajn, albo miała niczym pokrowiec na naparstek. Wszystko pomiędzy jest kompromisem lub przejawem zdrowego rozsądku.
Mała Dziewczyna z Wielką Torbą – to moja nowa osiedlowa ksywka!





bluza - Front Row Shop | spódnica - Sheinside | sandały - Mango | torba - poooh!

FACEBOOK | INSTAGRAM

czwartek, 3 kwietnia 2014

MOJE ULUBIONE KOSMETYKI DO PIELĘGNACJI CERY.

Dziś w roli głównej nie ja, ale kosmetyki do pielęgnacji cery.
Wszystko co tu znajdziecie, to moje osobiste hity, którym jestem wierna od dłuższego czasu.
Mam cerę mieszaną. Czasy liceum wspominam strasznie – blade lico bogato ukwiecone czerwonymi krostami, brr! Na samo wspomnienie się wzdrygam. Co mnie uzdrowiło? Po prostu czas, najzwyczajniej wyrosłam z trądziku. Do poprawy ogólnego stanu mojej cery, bardzo przyczyniły się ciąże – w ich trakcie miałam skórę gładką niczym pupa niemowlęcia, po każdej ciąży było tylko lepiej. Wiem jednak, że miałam szczęście, ponieważ ciąża może mieć także tragiczny wpływ na skórę.
Teraz jest ok, osobiście uważam, że mam skórę nie tyle mieszaną, co po prosu humorzastą. Bywa, że rano budzę się upstrzona niespodziankami, a akurat wieczorem jest wieczór panieński przyjaciółki... Chyba wszystkie to znamy...

Podstawą pielęgnacji KAŻDEJ cery jest nawilżanie. Tłusta czy mieszana pożąda wody tak samo, jak ta sucha. Moja dobra rada – wyrzućcie kosmetyki z alkoholem i postawcie na nawilżanie.
Skóra Wam się po prostu odwdzięczy.


Demakijaż i oczyszczanie.
Płyn micelarny Bielenda.
Uwielbiam płyny micelarne, nie znoszę natomiast mleczek. Szczerze mówiąc nie trafiłam jeszcze na zły płyn micelarny. Próbowałam słynnego Sensibio Biodermy, jednak nie widząc różnicy między nim, a tym z Bielendy kilkakrotnie tańszym, zostałam przy Bielendzie. Bardzo chwalę sobie wszystkie płyny z Ziaji oraz micela z Delii.
Używam ich także do demakijażu oczu – jeśli mam problem ze zmyciem tuszu wylewam na wacik kroplę zwykłej oliwki.
Cena ok. 10zł/200ml.

Żel do mycia twarzy Green Pharacy .
To moje odkrycie roku. Szczerze polecam, żel świetnie oczyszcza, jest łagodny, nie wysusza, jest wydajny i tani, jak barszcz – kosztuje ok 5-6 zł. Znajdziecie go z pewnością w drogerii Naturze.
Kiedyś jakaś kosmetolożka powiedziała mi, że kosmetyk, w który nie warto inwestować to właśnie żel. I chyba faktycznie tak jest. Eksperymentowałam z Avene Cleanace, La Roche Posay Effaclar, Vichy Normaderm. Green Pharmacy dyskwalifikuje je wszystkie, bo jest tak samo dobry, ale o niebo tańszy.

Peeling gommage Sopot Spa Ziaja.
Rewelacja. Jakiś czas temu Kasia z Galatei poleciła mi peelingi enzymatyczne, jako najlepsze dla mojej mieszanej cery. Byłam sceptycznie nastawiona, bo swego czasu miałam taki peeling i po kilku użyciach zamieszkał na dnie śmietnika.
Sugestia Kasi sprawiła, że dałam temu kosmetykowi kolejną szansę. Wiedziona opiniami wizażanek wybrałam produkt z Ziai – tzw peeling gommage, który jest czymś pomiędzy tym enzymatycznym, a mechanicznym. Producent popełnił błąd, ponieważ nie opisał dokładnie, jak produktu należy użyć, sądzę, że stąd właśnie niepochlebne na jego temat opinie.
Wyręczam więc Ziaję:
Peeling nakładamy na oczyszczoną skórę twarzy, masujemy dokładnie około 2-3 minut, następnie zostawiamy na kolejne 10 – 15. Po tym czasie suchymi dłońmi ścieramy peeling – to taki efekt gumki myszki, dopiero kiedy zetrzemy cały, można przetrzeć twarz tonikiem i nałożyć ulubiony krem. Po miesiącu regularnego stosowania (ja powtarzam zabieg co trzy dni), pory są oczyszczone, jak nigdy wcześniej, skora gładka, miła w dotyku, czuć, że oddycha.
Cena ok. 10zł/60ml.

Tonizowanie.
Woda różana Dabur.
Mam nieodparte wrażenie, że wiele osób nie docenia toników, ani samego zabiegu tonizowania skóry. W mojej opinii jest to kosmetyk tak samo istotny, jak krem do twarzy. Przywraca skórze naturalne pH, sprawia, że skora przyswaja lepiej całą kremową dobroć. Osobiście nie uznaję tych z alkoholem.
Wyborna alternatywa dla wszelkiego rodzaju toników to Woda Rożna Dabur. Pięknie pachnie, jest dla skóry po prostu dobra, na dodatek możecie użyć jej do włosów – dolać do masek, albo do ostatniego płukania.
Cena ok. 10zł/250ml, znajdziecie ją TU.


Nawilżanie.
Zawsze używam przynajmniej czterech kremów jednocześnie – moja cera szybko się przyzwyczaja. Nie lubię też serii kosmetyków, skóra lubi różnorodność, przynajmniej moja.
Moje ulubione kosmetyki w tej kategorii to wszelkie kremy Ziaji. Eksperymentowałam z Vichy, La Roche Posay, Nuxe czy Clareną, zawsze wracam do Ziai.
Rumiankowy – najlepszy podkład pod makijaż, idealny lekki krem, który doskonale spełnia swoje zadanie – nawilża i odżywia skórę. Jest w mojej kosmetyczce niezmiennie od 10 lat.
Sopot Spa – to krem do codziennej pielęgnacji skóry po 30 roku życia. Nawilża, poprawia elastyczność skory, szczerze polecam.
Biała herbata – to najświeższa nowinka od Ziai w mojej kosmetyczce. Podobnie, jak rumiankowy doskonale nadaje się pod makijaż, podobnie jak pozostałe, świetnie nawilża. Polecany jest dla cery tłustej, reguluje pracę gruczołów łojowych.




Cetaphil.
Osławiony nawilżacz. Kupiłam go, bo moja cera po wakacjach w Brazylii i długich godzinach w samolocie domagała się czegoś więcej. Jest świetny, używam go co kilka dni, na zmianę z kremami, zawsze na noc. Rano cera jest po prostu „zadowolona”. Dodatkowo jest tak delikatny, że nadaje się dla całej rodziny.
Warto go mieć, zwłaszcza, że 250ml starcza na wieki, a zawsze Was uratuje w sytuacji przesuszonej skóry, nie tylko twarzy.
Cena 36zł/250ml.

Olej arganowy.
Jest o nim głośno i słusznie. Lubi się zarówno z włosami, jak też ze skórą. Można używać go, jako kremu pod oczy – najbardziej lubię go w tej właśnie roli. Co kilka dni nakładam go na noc na twarz. Skóra po nim jest wyjątkowo miła w dotyku, miękka i elastyczna.
Możecie kroplę oleju dodać do ulubionego kremu – zarówno do twarzy, jak tez do rąk.
Cena – 7,50/10ml.




Siemię lniane.
Kupiłam je bo naczytałam się o zbawiennym wpływie ziarenek na włosy. Powiem tak – to mały cudotwórca za 3,99 w każdym supermarkecie.
Ziarenka należy zagotować, powstanie substancja na kształt surowego białka, lub dla mniej wybrednych „glut”. Możecie rozcieńczyć go gorącą wodą. Ja używam, jako maskę na twarz – nakładam na oczyszczoną skórę (najlepiej wieczorem), kiedy maska zaschnie, przecieram twarz wacikiem nasączonym wodą różaną, następnie krem.
Siemię lniane ma niesamowite właściwości nawilżające, zamyka pory, pomaga na wypryski. Jestem zachwycona.
Cena 3,99zł.

Maść cynkowa.
Ja i maść cynkowa – od zawsze razem ;) Jest niezrównana w walce z niespodziankami na twarzy.


W przypadku trudno dostępnych i drogich kosmetyków polecam Wam portal doz.pl - możecie zamówić produkt przez internet i odebrać w najbliższej aptece. Jeśli jesteście z Lublina polecam Aptekę Centrum, która cenowo kładzie konkurencję na łopatki. Sporo fajnych rzeczy znajdziecie też w I Love beauty.


FACEBOOK | INSTAGRAM

Udostępnij!